Strona główna » Aktualności » IRAN 2011 -cz.1

IRAN 2011 -cz.1

 

 

IRAN 2011

 

LIVE / RELACJA NA ŻYWO / LIVE

 

50 dni samotnej podróży

 

Sławek (MT 137) każdego dnia przysyłał meldunki z trasy.

 

 

część 1 

 

dzień 1 - dzień 20 

 


 

 

Witam Wszystkich!


Tak jak obiecałem podczas ostatniego spotkania Moto-Turystów, będę przesyłał na bieżąco relacje z mojej wyprawy do Iranu.

Zaczynam już dzisiaj - w sobotę 20 sierpnia rano o godz. 8.00.
Planuję jechać przez Słowację, Węgry, Serbię, Bułgarię, Turcję, Gruzję, Armenię i Iran –przy granicy z Afganistanem, Pakistan, Zatokę Perską, Irak. 
Powrót przez Turcję, Grecję, Macedonię, Albanię, Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę, Słowenię, Węgry, Słowację.
Podróż zajmie mi ok 50-60 dni, nigdzie mi się nie spieszy, jadę sam i mam przed sobą do pokonania trasę o długości ok 20 000 km.
 

Zobaczymy co wyjdzie z moich planów, trzymajcie kciuki za powodzenie wyprawy a odwdzięczę się meldunkami z trasy.
 Pozdrawiam, Sławek M-T 137

 


 

    

 


 

  Day 1 / 20.08.2011

  
 Od wielu miesięcy przygotowywałem te wypraw ,aż nadszedł dzień w którym plany postanowiłem zmienić w rzeczywistość .
 
 20.08.2011 godz.8.00 startuje ,jeszcze tylko fotka na odjezdne
 
I wioooooo… Dzień zapowiada się super pogodnie, bez deszczu 15oC, czyli jest OK. Nawigacja ustawiona i jadę… Wszystko było fajnie do momentu jak nawigacja nie zaczęła głupieć, nagle się okazało, że nie wiedząc jak znalazłem się w zatłoczonej Wiśle. Mało tego w tym korku przyjezdnych, nagle z podporządkowanej wyjechał mi młodzieniec w starej skodzie -jakie było moje wkur..., jak przy ostrym hamowaniu zatrzymałem się, a w zasadzie dotykałem jego boku i mamusia do mnie wyskoczyła z pretensjami. Dopiero jak zobaczyła, że rozmawia nie z małolatem a ze starszym od niej, to grzecznie mnie przeprosiła i pojechałem dalej. Cóż życie płata figle, ale przeważnie na nasze życzenie, albo przez naszą nieświadomość ! 
Jadę drogą coraz węższą, gorszy asfalt, szuter, glina, a navi -jedź dalej, dobra glina, las, mokra glina, walka o życie, woda z gliną, woda i bagno co jest? Upierdzielony po kolana sam nie wiem jak, ale wyjechałem na super asfalt i wkurwie... ustapiło. Szybko sprawdzam jednak co się stało - i co? Całe życie człowiek się uczy, jak sam sobie nastawiałem na najkrótszą drogę to posłuszna bestia wybrała mi właśnie taką i przegnała mnie przez bagno. 
Po kawie, ciachu i przekonaniu żeby nie psuć sam sobie dobrego dnia, jadę dalej. Temperatura na Słowacji dochodzi miejscami do 25oC, słoneczko i byłoby super, gdybym od czasu do czasu nie patrzył na upierd... spodnie. Na wszystko znajdzie się jednak sposób: stacja, karcher i już jest czysto! Dobry stek w knajpie dla motocyklistów, którą w ubiegłym roku pokazał mi OKP / MT 107 , na maxa poprawił mi humor. Keskecsemet, hotel, lulu i tak minął pierwszy dzień do Iranu.
 


 

  Day 2 / 21.08.2011

 

Noc do dupy, w mieście Kecskemét przy temperaturze 28 oC o godz. 3.00, to nawet najbardziej wytrwały MT będzie miał kłopoty ze snem. Rano cztery kawy i trzeba się zbierać. O godzinie 8.00 jest już 30 oC, a co będzie dalej? Słońce, ciepełko wiatr we włosach (przy rozpięty rozporku), bo na głowie już dawno wywiało, jadę, muza gra i Louis Armstrong z kawałkiem What A Wonderful World robi mi banana i kurde naprawdę fajny jest ten świat! Granica z Serbią mija tak szybciutko, że nawet okularów nie ściągam. Jadę dalej bez problemów przejeżdżając całą Serbie ląduje w mieście Dimitrovgrad na końcu Serbii. W hotelu Amfora –co prawda nie jest to napój bogów, ale fajny klimat i menu jest po polsku! Polecam zupkę cieląca i grillowane mięso –smaczne. Jest Wi-Fi, wysyłam email z meldunkiem dla Moto-Turystów. Jutro Bułgaria i dalej do Turcji.
 


 

  Day 3 / 22.08.2011

 

Po fajnej wyspanej nocy i fajnym serbskim omlecie, ruszam w drogę. Słoneczko, ciepełeczko -czego chcieć więcej? Granica serbsko -bułgarska przekroczona szybciutko bez żadnych problemów. Tamtejsze drogi się poprawiły chociaż momentami "autostrada" dziwna trochę, bo dziurawa. Robię szybki przelot przez bułgarską krainę tylko z jednym tankowaniem. Do tej pory nie wiem czy w Bułgarii dla motocykli potrzebne są winiety, czy nie. Pytałem dwóch policjantów i jeden stwierdził, że winieta jest potrzebna, a gdy chciałem ją kupić na stacji OMV, drugi powiedział, że nie potrzebna - i bądź tu mądry. 
Granica bułgarsko -turecka, cóż ... Turcy chyba chcą pokazać całej Europie jak bardzo im zależy, aby byli w UE. Cztery lata temu było to małe przejście, ale to co zobaczyłem powaliło mnie na kolana. Terminale wybudowane z ogromnym rozmachem, ich wielkość jest nie do opisania, ok 100 okienek do odpraw. Pamiętajcie, że wizy kupuje się na 90 dni z wielokrotnym przekraczaniem granicy za 15 Euro , bez kolejek , bez najmniejszego stresu -poza znalezieniem okienka nr 92. Uciąłem sobie także miłą półgodzinną pogaduchę z tureckim policjantem. Później tylko karta plastikowa na autostradę 25 Euro i wio… 
Będąc w Turcji 4 lata do tyłu - pamiętacie co niektórzy jak Brodaty Miś, który mnie zrugał na zlocie, że pisałem i nagle przestałem – zepsuła mi się Trike przy syryjskiej granicy. Wówczas podał mi pomocną dłoń Heniek OKP (MT 107), oraz pewien Turek, który pomógł mi przetrwać w Istambule. Chcąc zrobić niespodziankę temu ostatniemu, postanowiłem go odwiedzić . O kurw... pomysł dobry, ale realizacja debila. Po wjeździe do Istambułu zadzwoniłem do Remziego, ponieważ zapominałem jego adresu i co się okazało? Remzi z rodziną w Afryce w Senegalu!
Najgorsze jednak dopiero mnie czekało - takiego korka, takiego cyrku i natężenia ruchu na autostradzie, to nawet w Tokyo nie widziałem! Zaczęła się naprawdę walko o przetrwanie, po prostu jaja i jeszcze raz jaja. Naprawdę trudno uwierzyć , jak ci kierowcy nie powodują wypadków skoro jeżdżą jak poje... Uwierzcie mi, że na widok motocyklisty ustępują, może z ciekawości, może z rozsądku. Przez 3 godziny jazdy tylko jeden turecki biker mi pokiwał.
 Nie będę opisywał mojego wkur... na siebie za brak logicznego myślenia z telefonem do znajomego Turka i władowaniu się na własną prośbę w korrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrek. Cóż gdyby głupota ludzka miała skrzydła, dzisiaj nie powinienem jechać tylko... LATAĆ!

Oczywiście zapominałem o zmianie czasu i szczęśliwy, że udało mi się dostać do NORMALNEJ autostrady zapominałem, że szybko się ściemnia. Zaczęły się poszukiwania hotelu, oczywiście w navi jest ich tysiące, ale w ciemnej rzeczywistości nic mi tu nie pasowało. Po zagarażowaniu sprzętu i wypraniu się dotarto do mnie, że jest to jeszcze przemysłowy obwód Istambułu i pod oknami zapierdalają pociągi. Nie wiem jaka będzie noc, ale po rozmowie z obsługą hotelu i wynegocjowaniu 5 piw gratis, spożywam kolację i idę spać. Dzisiaj 780 km.
 

 


 

  Day 4 / 23.08.2011

 

Po liczeniu do spania przejeżdżających pociągów, a w zasadzie nie spania, bo około godziny 3.00 zaczęły wypływać kutry rybackie na połów ryb i już było po spaniu. Nic więc dziwnego, że po takiej nocy nic ciekawego dzisiaj się nie działo. Po kilku próbach wymiany dolarów - Turcy dymają jak mogą (oficjalny kurs sprzedaży 1,78 TYL a wymieniają po 1,5 TYL), ok. godziny 17.00 trafiłem do hotelu. Myślę, że tym razem trafiłem na spokojny pokój i trochę odpocznę. 
 
 


 

  Day 5 / 24.08.2011

 

Dzień zaczął się fajnie - równe i proste tureckie drogi, ciepło 28oC, aż się prosiło o odkręcenie manetki. Prawie cały dzień gnałem w tych cudownych warunkach aż do momentu jak spaliła mi się żarówka. Niby nic takiego i zdarza się, jednak kupić w Turcji żarówkę H5 to jest już problem. Na kilku stacjach nie mogłem się z nikim dogadać, aż w środku miasta Trabzon spytałem w salonie samochodowym o żarówkę tłumacząc na migi o co mi chodzi. Chłopak, z którym rozmawiałem załapał i pilotował mnie do garażu, gdzie młodzi zapaleńcy motocyklowi składali starego osiłka R34 – BMW! Jednak nowa technologia nie ma się nijak do starej, żeby wyciągnąć żarówkę rozmontowaliśmy całą lampę, bo nagle lampa nam wyskoczyła z zawiasów, rozwiązanie super! Po zrobieniu zdjęć, jadę z odkręcona manetką około 130 km i co dup, co by za fajny dzień nie był! POLIS TRAFIC i 130 $ poszło się dymać. Już wolniej dotoczyłem się do hotelu nad morzem czarnym i lulu. Jeszcze próbowałem zrobić zdjęcie kwiatka nad morzem i spać.
Przejechane 620 km a do Gruzji pozostało 70 km, czyli jutro Gruzja…
 

 


 

  Day 6 / 25.08.2011

 

Rano prawie normalne europejskie śniadanie i w drogę. Jak się okazało wieczorem, przy porannym pakowaniu zapomniałem zabrać telefon, cóż zdarza się najlepszym! Został mi jeszcze telefon satelitarny, czyli kontakt z domem mam. Problem jest tylko jeden -jak rano wstać i o której? Zobaczymy jak to będzie…
Granica turecko -gruzińska przebiegła super szybko i sprawnie, niecałe 10 min. Pstrykam fotkę dużego przejścia po stronie gruzińskiej i WELCOME GOEORGIA. Batumi koszmar, Turcy jeżdżą jak powalenie, ale Gruzini to już istny kosmos dla mnie. Dopiero po dwóch godzinach załapałem, że większa fura i bardziej ciemne szyby ma pierwszeństwo . Na ulicach przede wszystkim można spotkać albo nowe niemieckie samochody z ciemnymi szybami, albo bardzo stare ledwie się wlokące. Wpychanie się na czwartego to tutaj norma i taki dziwoląg jak ja naprawdę musi uważać. Nie wiem czy trąbiąc na mnie robią to chcąc zepchnąć mnie z drogi, czy tylko pozdrowić – totalne jaja.

Dojechałem do Kutaisi i odwiedziłem katedrę Bagrati, opisywana w przewodnikach jak spuścizna narodu, aktualnie w remoncie. Dojazdu do niej to już niestety żaden przewodnik nie opisuje, po prostu koszmar -mokra bazaltowa kostka i walka o życie z Gruzinami, którzy chcą wyprzedzić na prawie pionowym podjeździe. Fotki i zjazd, też fajne!
Dalej następny opisywany w przewodnikach kościół w Gelati, też w remoncie, też stromo, ale za to słuchy asfalt i fajne winkle. Później jadę do Gori, tu się podobno pojeb Stalin urodził –zostawiam zwiedzanie na jutro.

Teraz hotel i szok! Witamy ziomka –zgłupiałem, ten polski naród top o całym świecie chyba jeździ – ludzie z Kalisza! Po Kaukazie przylecieli pochodzić, fajnie dostać zimną wodę od Polaka, ale jak zobaczyłem trzech Irańczyków na rowerach to już zupełnie zgłupiałem. Poznali mnie po naklejce na kufrze i już nawiązała się fajna rozmowa gdzie ja jadę, gdzie oni. Jemy wspólnie kolacje i popychamy jak zwykle polityczne tematy. Oni nie cierpią swoich władz -jednak postanowiłem nie wypowiadać się, nie wiem, nie umie, zarobiony jestem, starałem się unikać tych "wspaniałych" tematów po paru WSPÓLNYCH piwach. W Iranie ponoć nie piją!
Idziemy do naszego hotelu spać. Dzisiaj padło około 400 km 
 


 

  Day 7 / 26.08.2011

 

Po porannym pożegnaniu się z Irańczykami, odpalam sprzęta i wiooo do muzeum STALINA, nie wiem jak mam opisać? Wielka buda z marmurów i w środku jeszcze kilka kroków po marmurowych schodach. Spełnia się moje wielkie marzenie, jestem w pobliżu... No właśnie, chyba największego pojeba na świecie! Nie potrafię zrozumieć jak taki ograniczony człowiek – tutaj opiszę jego styl : to nawet nie wieś tańczy czy wieś śpiewa, jego gust i poczucie dobrego smaku, cokolwiek to dla mnie znaczy, dookoła jest jeden wielki syf. Pomieszanie z poplątaniem, miniatury czołgów ze złota, samolociki, rakiety i setki zdjęcie z debilem i ludźmi, którym system wyprał mózg ! To wszystko było śmieszne, ale już bardzo dogłębnie odczułem klimat tamtych lat jak pokazano mi pokój przesłuchań, tutaj kończyło sie wszelkie człowieczeństwo!

 

Muzeum Stalina w Gori - film >>>

 

 

W nienajlepszym nastroju jadę na Kazbegi, oczywiście mylą mi sie drogi, ale dojeżdżam na gruzińską drogę wojenną. Jadę -asfalt, gorszy asfalt 1800 m n.p.m., dziury, szuter, aż w końcu nic na 2400 m n.p.m. i koszmar. NIGDY NIKOMU NIE POLECĘ JAZDY TĄ DROGĄ! Jak mi się udało przejechać odcinek około 10 km, to sam się sobie dziwiłem, że się udało. Dobra jadę na Kazbegi i nie wjadę -rozum się odezwał. Trzeba przecież jeszcze trochę w życiu zobaczyć, fotka kościołka i czym prędzej powrót. Nie będę pisał jak jeżdżą TIR-y tą drogą, pozostawiam to waszej wyobraźni. Wróciłem -wyglądam jak piekarz po wysypaniu na siebie worka mąki. Później deszcz, duży deszcz i leje. Dostrzegam jakąś knajpę, super mają sałatki z pomidorami -chyba najlepsze jakie do tej pory jadłem, po prostu samo słońce!
Polecają mi hotel Mtscheta PALACE! Dla nich prosta droga , dla mnie 1,5 godziny jazdy w kółko. W końcu jest i co? Same czarne samochodziki (ok. 20) i cena jak dla mnie 250 dolców. Szybka decyzja i jadę dalej. Leje -Tybilisi, tu już łapię pierwszy lepszy hotel i znowu… GOLDEN PALACE -hotel ok., ale gdzie jest wejście? Centralne zamknięte, więc chodzę i huraaaaaa, małe drzwi to hotel, pokój, pranie i restauracja, ja choczu kuszajet! W nagrodę dostaję rybę taką akwariową, tzn. pstrąga wielkości 10cm i mam być szczęśliwy bo tu pełno chinoli! Razem z obsługą wybuchamy śmiechem i co - Gruzin zaczyna mówić trochę po polsku. Znalazło się już czerwone wino i szef kitajec, który mówi że popróbujemy kitajskiego kuszania –ok., CZERWONE FINIO, CHIŃSKI HOTEL, CHIŃSKIE JEDZENIE, FRYTKI, PAŁECZKI, JEM!
Gruzin oczywiście ma znajomych w Katowicach. Pytam gdzie to Wasze słynne gruzińskie jedzenie? Po 20 minutach jedziemy w miasto, leje, leje, leje -deszcz, knajpa i jest fajnie, tylko zdycha bateria w aparacie. Żarełko super, FINO, samogon gruziński DOBRY i nocne pokazywanie miasta. Wciąż jednak leje, poza tym aparat padł i najwyższy czas wracać do hotelu. Film mi się pomału urywa. Oczywiście rano dotarło do mnie, że nie miesza się, nie miesza! Łeb mi pęka, natrysk i trzeba się zastanowić czy jechać czy zostać. Czekam jeszcze 3 godziny, jest już lepiej i postanowiłem jechać dalej. Kierunek Armenia. 
 


 

  Day 8 / 27.08.2011

 

Po pożegnaniu się z Gruzinem i podarowaniu mu polskich czapek made in China ruszam dalej. Mądra nawi kieruje mnie na objazd tranzyt, więc jadę tędy. Jest droga, asfalt i nagle oberwana asfalt i wielka dziura w ziemi. Chyba jakieś osuwisko i znowu koszmar przez szuter. Wszystko było by fajnie, tylko rano umyłem motocykl i po 30 km moja praca okazała się syzyfową. Jadę, jadę, oznakowanie dużo zostawia do życzenia. Pytam policji i patrzą na mnie jak na zjawisko - pramo, pramo i pramo - tak jadę i ląduje ponownie w Tbilisi, na dodatek także ponownie z brudnym motocyklem! Kolejne 70 km dziwną obwodnicą, aż wreszcie udaje mi się wyjechać na właściwą drogę i lecę do granicy Armeńskiej.

W końcu jest granica a tuż przed przejściem Gruzin na straganie sprzedaje owoce. Kątem oka zauważam dziwny jak dla mnie owoc, to granat – kupuję go za 1 lari i jem. Sprzedawca nie mówi mi jak mam go jeść, jest jednak smaczny słodki i ma duże pestki. Patrzę w lusterko, usta mam takie czerwone jak sztandary rewolucji i wyglądam komicznie. 
Gruzini załatwiają formalności na granicy szybko i bez problemów.

Teraz Armenia i się zaczęło… Żołnierze bez problemów, celnicy też, ale wiza gdzie? Idę do wskazanego okienka i tu mądraliński hust wie kto, na mnie z mordą tak się domyśliłem, bo zaczął się wydzierać w sobie tylko znanym języku. Dopiero Ormianin pracujący w Anglii tłumaczy mi, że mam wypełnić kwity i wymienić w bankomacie dolary. Na drukach wszystko jest napisane w stylu rozrzuconego makaronu, czyli ormiańskiego i dlatego ponownie proszę go o pomoc. Jak się później okazało cała ta zadyma była o 7 dolarów -koszt wizy.

Jestem w Armenii! Za przejście trzeba wykupić ponoć dodatkowe OC, naklejkę z papieru na szybę. Dookoła pełno ludzi, każdy robi jakieś interesy, wszyscy zaczepiaja i o cos pytają -udaje mi się szybko uciec. Kurde jest zimno, zaledwie 13C – nie przewidywałem takiej pogody, ale w końcu na cojest podpinka i wio... Pierwszy bar jem, dogaduje się po rosyjsku dostaje grilla z schabu i super surówkę. Jadę a tu kurde znowu pada, ale co tam w lewo i jest pierwszy kościół HAGHPAT. Już zamykają świątynie bo oczywiście tu 2 godziny do przodu, ale klucznik po rosyjsku mi opowiada historię i oprowadza. Tysiące lat tu budowali kamienne kościoły, a u nas drewniane szałasy w lesie -świat się zmienia.

Po wyjściu z kościoła wołają mnie Ormianie, siedzą i piją. Wśród Ormian jest także Rumun -główny technolog DAINESSE! Swój klimat, a facet miał nie wesołą minę, jak Włosi 4 lata temu z Tunezji przenieśli produkcie do Rumuni to było fajnie, ale teraz przenoszą do Armenii -wiecie o tym fakcie jako pierwsi!

Pytam o hotel i pilotują mnie do miasta VANADZOR do prywatnej kwatery. Jest OK, są ludzie z Hiszpanii i z Włoch trochę rozmawiamy o Armenii z właścicielką, takie tam ble ble i spać.
 


 

  Day 9 / 28.08.2011

 

W nocy jeszcze zimniej, wstaje, śniadanie 11 st. C i jadę do pierwszego dzisiaj kościoła, wysoko w górach. Po drodze policaj robi sobie zdjęcia!!!  Kościół w GOSHSVANK też stary, ale jakoś się trzyma. Robię fotki budowli a ormianie mnie - w ogóle to robię tu za małpkę do zdjęć.

Jadę w kierunku miasta Sevan. Nagle temp spada do 9 st. C, a mgła jest tak gęsta, że nic nie widać i nawet ormianie jadą spokojnie -koszmar. Podczas zjazdu w dół mgła stopniowo ustępuje i robi się coraz cieplej.

Jadę na jezioro SEVAN do następnego zabytku KHACHKARS. Fajne są tu czakeramy - takie krzyże wykute w kamiennych blokach. Kilka zdjęć i jadę do Erewania. Stolica jak stolica, każdy chce się pokazać. Spadam do miasta ECHMIADZIN - to taka ich nasza Częstochowa, tylko z 350 roku.

Po drodze pilotuje ormiańskie wesele, jest wesoło, też jadą do katedry. Tutaj temp 34C!!! toż to siok termiczny!!!!! 50 min drogi, 40 km i różnica 25 C fajnie ????

Powala mnie technika budowania i dostrzegam olbrzymi platan, bardzo potężne drzewo i w myślach porównuje ze swoimi, dużo muszą jeszcze rosnąc. Po fotkach zawijam i do Goris. Jadę autostradą i widzę po prawej stronie lekko w chmurach Ararat, święta góra Ormian, która leży w Turcji. Teraz  mam widok ze strony Armenii, a 4 lata do tyłu miałem ze strony Turcji.

Po drodze zatrzymuje się w super barze, jem fajne żarcie naprawdę bardzo smaczny grill, proponują mi nocleg, ale bez ciepłej wody więc jadę dalej.

Nagle dostrzegam informacje NORAVANK i tu zgłupiałem,  jestem w parku krajobrazowym! Potężne postrzępione skały, odlot i kościół, dla mnie najlepszy jak do tej pory. Widoki powalają, czerwone skały, coś niesamowitego zjeżdżam na dół widoki rozwalają. Na dole jest hotel, więc zostaje do jutra chce jeszcze porobić więcej zdjęć. Jedzonko - oczywiście grill teraz z kurczaka i degustacja Armeńskiego koniaku 20 lat,15 lat i 6 lat - zdecydowanie polecam ten co ma.......lat :)))  MT 137 

 


 

  Day 10 / 29.08.2011

 

Cóż, stare dobre przysłowie mówi nie chwal dnia do zachodu słońca - ja w nocy wymyśliłem inne: nie chwal miejsca do momentu odjazdu!! Poszedłem spać, świerszcze grają, cisza, spokój, miły sen - aż nagle o 3 w nocy wyrwała mnie ze snu muzyka, armeńskie disco! Wstaje wkur.. idę, opier..., kogo trzeba i staje jak wryty... W tej cichej restauracja o 3 w nocy imprezę zrobi sobie chłopaki z czarnych samochodów, więc próbuje się delikatnie wycofać i zostaje silą "zaproszony" na degustacje i nic nie pomogły tłumaczenia, że rano jadę, że zdjęcia - degustuj i już!!!
Około 5, jak się zrobiło już jasno pojechali, a ja próbowałem złapać stracony sen - nie wyszło.
Pakuje manele i spadam góry wyżej, wyżej i jest 2650 m n.p.m. - zimno 5C!!! Super,  jadę do Zorac Karer - ormiańskie Stonhege, ktoś parę tysięcy lat temu pokładał dziwnie bloki skalne. Spotykam ludzi z Luxemburga, którzy są zdziwienie, że można się tutaj dostać motocyklem. Rozmawiamy o tym miejscu i wio dalej, cały czas jest ok 10-12C.

Postanawiam jechać już do granicy Irańskiej i w mieście Agarak znajduje fajny hotel, a pod hotelem stoi co??? BMW GS 1200 z Szwajcarii ! Wspólna kolacja, pierdoły, Oni wracają z Iranu, wymieniamy się informacjami, dałem Chasperowi mapy do garmina, po piwie i lulu.

 To strona możecie popatrzeć http://gaudenzreise.wordpress.com .

Jtro Iran MT137
 

 

 


 

  Day 11 / 30.08.2011

 

Dzień dzisiejszy nie należał do najlepszych. Po wczorajszym pożegnaniu Szwajcarów jeszcze wieczorem „ja kuszał dyniu” -zjadłem melona. Kurde nigdy nie mieszajcie piwa i melona! Około 2.00 zaczęły sie moje gastralne dolegliwości i o 15.00 wylądowałem w „bolnicy ormiańskiej” – szpitalu. Podłączony pod kroplówki spędziłem tam sporo czasu, bo aż do 23.00. Coś strasznego, ale żyje i jurto planuję wyjechać do Iranu -drugie podejście…
 


 

  Day 12 / 31.08.2011

 

Świeży i prawie mobilny jadę do granicy. Ormiański celnik poopowiadał o Polsce jak był 20 lat temu i trochę się pośmialiśmy. Dodał tylko „bud zdarow” i już podążam dalej przez przejście w stronę Iranu. Na granicy zatrzymał mnie rosyjski żołnierz, który pilnuje tutaj porządku. Jak zobaczył, że przypałętał się ktoś inny niż Irańczyk, to nie chciał mnie puścić i rozmawiał ze mną z 30 minut. Głupio i niezręcznie mi się zrobiło, bo tłum Irańczyków czekał na niego i niecierpliwił się, bo jechali na koncert do Erewania. 
Na granicy Irańskiej jak już zobaczyli dziwoląga, to dostałem przydzielonego człowieka co biegał po placu, a ja za nim jeździłem. Trwało to wszystko może 15 minut i tylko sprawdzili CDP i welcome Iran mister. 
Droga do miasta Tebriz mnie rozwaliła pięknem górskiego krajobrazu – CUDO ! Gdyby nie te wieżyczki wojskowe i patrole, to byłby to chyba inny kraj. Kilka razy mnie zatrzymywali tylko po to, aby się przywitać! W mieście szukam hotelu - to takie hotele jak u nas w latach dobrej komuny, ale coś tam jest i nie narzekam, przecież nie dla hoteli tu jestem. Okazało się, że dzisiaj koniec ramadanu i wszystko zamknięte - możne jutro otworzą. Powłóczyłem się trochę po mieście, coś zjadłem, pogadałem z młodymi Irańczykami od których dostałem tysiąc utworów muzycznych i umówiłem się z nimi jutro na zwiedzani. Zobaczymy co z tego wyjdzie…
 

 


 

  Day 13 / 01.09.2011

 

Długo nie mogłem zasnąć. Nocne życie w czasie zakończenie Ramadanu jest w Iranie długą tradycją. Klimat przypomina nasze Boże Narodzenie z prezentami i rodzinną atmosferą. Wieczorem całe rodziny ruszają w miasto, wtedy otwierają się sklepy, restauracje i zaczyna się życie. Już wiem jak to jest być jedynym "białym"! Rano w restauracji podczas śniadania dziesiątki par oczu patrzą w tego "jedynego dziwnego" i tylko dzieciaki podchodzą bliżej. Kiedy zacząłem rozdawać dziecinne breloczki, zrobiło się już przyjemniej. 
O godzinie 10.00 w umówionym miejscy spotkałem się z poznanymi wczoraj Irańczykami. Zaczęliśmy od naprawy moich słuchawek w kasku. Niech nikt nie kupuje włoskiego syfu INTERPONE firmy Cellular, bo to totalna porażka Chłopaki robili co mogli, ale ciągle zrywał się inny kabel i nawet Oni stwierdzili, że takiego złego dawno nie widzieli. Olałem sprawę i pojechaliśmy zwiedzać błękitny meczet. Z tego co zrozumiałem -a tłumaczyli na migi - było tu trzęsienie ziemi i całe mozaiki spadły. Trochę je odrestaurowali, ale w oryginale musiało to wyglądać super - zadziałała wyobraźnia. Budynek ratusz też jest bardzo stary i wyniosły, ale tam nas nie wpuścili. Podobno jest ciekawy ale jakaś gadającą głowa tam gościła i było pełno policji. Tak na marginesie, to zauważyłem trzy rodzaje policji: niebieska, zielona, czerwona. Wszyscy mieli jednak dodatkowy atut – młodzi Irańczycy bali się każdej z nich! Później już ich zluzowałem i zacząłem się sam włóczyć po bazarze, aż tak się zapętliłem, że straciłem orientacje, jednak... Hello mister - woła straszy pan sprzedający antyki. Był to profesor historii, rozmawialiśmy chyba 2 godziny, dużo wiedział o Polsce międzywojennej, armii Andersa, która była w Iranie podczas II wojny. Dał mi nawet namiary na cmentarz polski w Teheranie! Dużo wiedział o Solidarności, więc na koniec dałem mu breloczek z Solidarnością. Face się rozkleił, super rozmowa! 
Jest koniec Ramadanu i wypadałoby coś uroczyście przekąsić. Wszystko fajnie, dookoła ludzie jedzą a ja nie… Jak się okazało jedzenie mają swoje a właściciele restauracji tylko udostępniają lokale. Muzułmanin w podróży może jeść - fajnie nawet Koran można obejść! Coś w końcu znalazłem i już taryfą wróciłem do hotelu. Jutro dalej…
 


 

  Day 14 / 02.09.2011

 

Po "wspólnym" śniadaniu i zdjęciach E.T. - czyli obcy, czyli ja, ruszyłem do miasta Kandovan. Dopiero po przyjedzie załapałem, że dzisiaj piątek, czyli niedziela muzułmańska i wszyscy maja wolne. Takiego spędu nie widziałem - oczywiście dookoła sami Irańczycy. Na wstępie E.T. pozuje do zdjęci, ale sam z nimi robić nie mogę bo jest tam tak stromo, że ledwo trzymam sprzęta. Po zaparkowaniu jakimś cudem idę w górę. Ta miejscowość to taka Turecka Kapadocja, tylko w wersji mikro i w zasadzie to zrobiona pod zwiedzających. Parę zdjęć i w drogę do miasta Ardabil.

Droga jak droga, tysiące samochodów osobowych, ale też i ogromnie dymiące stare amerykańskie ciężarówki –koszmar! Jednak widoki na TEJ drodze to coś niesamowitego, tak pięknych i różnokolorowych: czerwonych, żółtych, zielonych, szarych, piaskowych, czarnych jeszcze nie widziałem. No może w Petrze w Jordanii tam też są fajne. Wszystko było by super, ale zerwał się tak mocny pustynny wiatr, że głowę mi chciało urwać. Dodając do tego suche gorące powietrze i jazda przestała być przyjemną. Na dodatek przed Ardabil zatrzymała mnie policja za prędkość 126km, fotka z policjantem i do hotelu ledwo co się dotelepałem.

Chłodny natrysk zawsze postawi na nogi! Ruszyłem w miasto zobaczyć muzeum Safavidów. Budynek zrobił na mnie wrażenie, piękne mozaiki, drewniane bogato rzeźbione ornamenty - super. Dziewczyna pokazał mi piękny perski dywan, dodając, że oryginał jest w muzeum londyńskim. Anglicy i Francuzi nie jedną rzecz z tych terenów "chronią " w swoich muzeach - w Luwrze jest ich pełno.

Irańczyk ze sklepu ze słodkimi ciastkami nasączanymi miodem, zaprosił mnie na degustacje. Takie to słodkie było, że zajadłem tylko dwa. Przykro mu się zrobiło, ale powiedziałem, że nie jadłem kolacji i zapakował mi cała torbę kilkadziesiąt sztuk, które później rozdałem ludziom w hotelu. Jutro dalej…
 


 

  Day 15 / 03.09.2011

 

Dzień nie zaczął się ciekawie. W hotelu chcieli mnie dodatkowy wydymać za: Internet, bo mam swojego kompa, kawę do śniadania i mleko. Tak się wkur....., że przyjechała policja i zaczęła się jazda! Obsługa tłumaczyła, że wypiłem trzy kawy i siedziałem dwie godziny w necie. Na początku grzecznie tłumaczyłem, że jest to standard prawie na całym świecie, a oni stali na stanowisku, że taki standard nie obowiązuje w tym hotelu. Policjant trochę zgłupiał, nie znał żadnego języka oprócz farsi, ale pokazałem zdjęcie policją z drogówki i okazało się, że to jego brat! Ten zaraz go wezwał i jak przyjechał to już tylko jak najszybciej chcieli mi wynosić torby. Polski E.T. nie dał się wydymać i wytłumaczyłem "koledze z drogówki" o co chodzi. Ten wezwał szefa hotelu, a szef oddał mi pieniądze za nocleg i powiedział, że obsługa mi zafundowała nocleg. A co tylko białego dymać, a biały ma się dawać?

Wsiadam i dzisiaj do Fuman, Musuleh i Rudkhan. Oczywiście jak to w Iranie walka o życie na drodze i w pewny momencie jakiś wyjątkowy debil wyprzedzał na ósmego i tylko bezwarunkowe dobicie w prawo uratowało mnie przed kontaktem z przednia szyba. Stanąłem i musiałem się otrząsnąć, naprawdę jeżdżą tutaj jak nienormalni wg obowiązującej jednej zasady - braku jakichkolwiek zasad! Każdy tu uprawia wolną amerykankę i jeździ jak chce! Po przyjechaniu do miasta Masuleh, uderzyła mnie ogromna ilość samochodów irańskich. Masuleh to taka wioska, gdzie dach jednego domu stanowi drogę. Może i fajne ale nie moje klimaty, to takie nasze Zakopane.

Zawijam i jadę do Rudkhan, a tu jeszcze więcej samochodów. Rudkhan to średniowieczny zamek zupełnie inny jak pozostałe budowle obronne w Iranie, takie nasze Chęciny i klimat potoku w Szklarskiej Porębie. Las piękny, ale strasznie zaśmiecony. Irańczykom to nie przeszkadza całymi rodzinami w tym lesie piknikują i się bawią - też nie mój klimat i czym prędzej zawijam do hotelu. Po drodze miałem fajną transakcję z kupnem słodkich ciastek w mieście Fuman. Jutro Teheran i wymiana oleju w serwisie - zobaczmy, aż się boję jak tam będą jeździć…
 



 

  Day 16 / 04.09.2011

 

Po dziwnym śniadaniu, gdzie facet przywóz mi szaszłyk z miasta, ruszyłem na irańską autostradę do Teheranu. Dużo policji, dużo fotoradarów i niestety przy 140 km złapana E.T., jednak z uwagi na brak porozumienie puścili mnie -tak mi się bynajmniej wydawało. Niestety przy bramkach stoi wielki budynek policji drogowej i tam znów mnie zatrzymano, a tu to już ubaw po pachy chyba 20 policjantów i każdy umie jakieś słowo po angielsku. Po 20 min. wszyscy zaczęli się śmiać! Rozdałem naszywki i z eskortą dwóch wozów wróciłem na autostradę. Wjazd do Teheranu okazał się być bardzo przyjemy i spokojny.

Navi za rękę doprowadziła mnie do firmy Nouriani BMW na Iranshahr Avenue 91, a tutaj szybciutko mechanicy wymienili olej i klocki. Niestety bez diagnostyki komputerowej, bo takiego czegoś tutaj nie posiadają. Po ulokowaniu się w hotelu, ruszyłem w miasto w poszukiwaniu karty sim z irańskim numerem telefonu i dostępem do neta. Jak się okazało się był to wielki problem. Nawet dwie młode Iranki przejechały ze mną kawał miast i nic. Później odźwierny w hotelu załatwi temat w 20 minut. Teheran to moloch nie dla mnie i dlatego jutro spadam stąd w spokojniejsze miejsce.
 Tak wygląda blokada onet.pl


 
 


 

  Day 17 / 05.09.2011

 

Trochę za bardzo podkręciłem klimę w nocy i niestety dostałem kataru. Postanowiłem zostać w Teheranie i "puściłem" się w miasto. Moloch ogromny, ale zaliczyłem byłą amerykańską ambasadę z graffiti na murach, oczywiście w stylu irańskim dla znienawidzonego imperialistycznego wroga. Później taxi pojechałem na drugi koniec miasta pod wieżę AZADI - wieżę wolności.

Na koniec zaliczyłem jeszcze muzeum klejnotów szacha, których nie wywiózł jak uciekał do USA. Obłęd, nawet gdybym całego GS-a w brylanty, diamenty, rubiny, szmaragdy przyozdobił i z jednego z największych na świecie zrobił szkło do lampy, to jeszcze by zostało na małą ciężarówkę. W muzeum było nas tylko trzech: ja i para z Bułgarii, natomiast strażników z długą bronią było chyba z trzydziestu. Wszędzie bramki, kamery, szkło pancerne, a muzeum jest otwierane 4 dni i tylko 2 godziny dziennie. Takiego przepychu to nawet w filmach nie widziałem. Podobno jeszcze całego tego bogactwa nie wycenili, bo nie ma podobno na świecie firmy, która by była z stanie to określić – tak mi tajniak powiedział. Zaproponowałem, że ekipa z MT to szybko wyceni, ale tylko się uśmialiśmy. Szkoda byłoby fajnie, zlot by trwał do końca świata i jeden dzień dłużej. Jest tak fajnie cieplutko 38C w cieniu.

Mam dość na dzisiaj chodzenia.

 


 

  Day 18 / 06.09.2011

 

Czasami trzeba zmienić plany!!
Rano udałem się do BMW po odbiór sprzęta, a tam czekała na mnie cała świta i od razu zaczęli mi mówić o tym, że Tulibowie przekroczyli granicę i podobno była walka z wojskiem Irańskim w okolicach miasta Meshhed. Tak chciałem dzisiaj jechać, a oni stanowczo mi odradzili, nawet jakiegoś wojskowego ściągnęli i ten kategorycznie mi zabronił. Kilka lat temu, jak przeczytałem w necie, był tam zamach i zginęło kilka osób –odpuściłem. Szkoda może innym razem.

Postanowiłem jechać do miasta Esfahan i po ok 4-godzinnym kluczeniu i staniu w korkach z bananem na pysiu, wyjechałem na właściwą autostradę! Jadę, tankuję, jadę i nagle krajobraz zrobił się pustynny z ogromnymi ostańcami skalnymi. Były różnokolorowe podobne jak na pustyni Wadi Ram w Jordanii. Widoki super i nie żałuję, że zmieniłem palny.

W serwisie BMW polecili mi wioskę Abyaneh. Już sam dojazd do tego miejsca to istne CUDO - ok 20 km dobrej drogi i ja sam naokoło gór, które w pewnym momencie zrobiły się czerwone. Takich nie widziałem nigdzie, może podobne były w Maroku -góry Atlas, ale te są bardzo czerwono – ceglasto – brunatne, taka orcha. Wioska bardzo fajna, cisza spokój, bez turystów, sami mieszkańcy. Oczywiście ja foto domów czerwonych , oni foto sprzęta. Jak zacząłem rozdawać breloczki, to dużo dzieciaków się zleciało z rodzicami. Fajnie się zrobiło, oni tylko lachestan, lachestan /Polska/, a ja się uśmiechałem.

Jazda w miastach irańskich to naprawdę walka o życie, muszę się jakoś do tego przyzwyczaić.  

 


 

  Day 19 / 07.09.2011

 

Esfahan>>> miasto prawie jak każde w Iranie, ale... plac Imama Chomeiniego, meczet piątkowy, meczet Imama to naprawdę dzieło architektury dawnych mistrzów! Przepiękne mozaiki i ogrom tych budowli robi wrażenie, to trzeba zobaczyć, trudno to opisać. Wspaniała akustyka w środku - jeden zaczął śpiewać to echo niosło tak jak w Panu Tadeuszu tylko dłużej. Podobno, jak mi wytłumaczył Irańczyk, jest tylko jedna tak budowla na świecie, gdzie tyle razy echo odbija się od murów - super wrażenie. Dookoła pełno ludzi jednak w tym miejscu zachowują się inaczej, spokojniej i o wiele wolniej -może to miejsce ma jakąś magie?

Wokół meczetu bazar, a na bazarze jak na bazarze wszystko. Bardzo mnie uwiodła praca tych rzemieślników, tak samo jak setki lat temu tak i dzisiaj nic się nie zmieniło. Młoteczkami robią prawdziwe dzieła sztuki i piękne ręcznie malowane talerze, dzbanki, wazony cuda. 
Po południu pojechałem na osławiony most 33 przęseł, most jak most.

Wieczorami na plac Imama przychodzą setki rodzin i ... jedzą kolacje. Zaczepiło mnie dwóch Irańczyków, z których jeden twierdził, że wyjeżdża do Australii i chce szlifować swój angielski. Po krótkiej rozmowie okazało się, że to jego marzenie - chyba zresztą jak większości młodych w tym kraju.

Jutro Jazd…


 

       

  Day 20 / 08.09.2011

 

Myślałem, że tych moich wypocin nikt nie czyta, tylko Motórek, ale się myliłem! Dzięki za pozdrowionka !!!
 

Rano po fajnym pożegnaniu się z obsługą hotelu, nic nie zapowiadało takiego dnia...  Były pierwsze straty !
Po dość szybkim wyjechaniu z miasta Esfahan, wjechałem na autostradę i spokojnie sobie jadę… O godzinie 9.30 jest już 36C. Nagle zerwał się tak silny wiatr i tak gorący, że zaczęła się walka o życie z... wiatrem. Coś strasznego kamienista pustynia, silny wiatr i gorąco. Uczucie jakbym suszarkę do włosów podstawił sobie bezpośrednio pod twarz , taki wiatr wysusza wszystko, śluzówkę, spojówki i siły. Przez całą drogę do Yazd wypiłem z camelbaga prawie 8 litrów wody! Zatrzymywałem się średnio co 50 km.

W pewnym momencie zaświeciła się kontrolka paliwa i podjechałem na stację. Stacja jak stacja, ale gdybym cokolwiek przeczuwał , to NIGDY by tam nie wjechał!!! Tankuje jak zwykle i nagle pistolet nie dobił i bummmmm, wyleciało "super irańskie" paliwo. Od razu spaliło mi uchwyt do kamery -może da się zrobić, deflektor boczny -do wyrzucenia, szyba -cała zmatowiała i wymiana po powrocie nieunikniona. No i kurwa mać - okulary - jestem w dupie przy tym słońcu! Całe szczęście na stacji pracował inżynier z Iranu, Behnam Sepahbodnia. Jak to wszystko zobaczył, to od razu opier... tankowacza i wszystkich wokół. Pokazał mi wąż z wodą , umyłem tzn. ochlapałem sprzęta i spłukałem ten syf. Behnam wsadził mnie w samochód i zaczęliśmy szukać kleju. Niestety wszystko w przerwie zamknięte i podjechaliśmy do jakiegoś warsztatu samochodowego gdzie dostałem silikon. Po powrocie wspólnie zaczęliśmy coś tam próbować sklejać, ale nic nam nie wyszło. Benzynka irańska dobrze wszystko zżarła! Po obiedzie wymieniliśmy się adresami i dalej w drogę wkurwiony na maxa!

Zatrzymałem się po następna wodę i spytałem o miasto Chak Chak, oczywiście jak to Irańczycy na migi. Drogi mi się pomyliły i skręciłem na pustynie, ale za to takiego piękna i potęgi przyrody to jeszcze w życiu nie widziałem!
Jestem tutaj sam, motocykl, skały i jedno zielone drzewko. Nie potrafię tego opisać, będę jutro starał się naprawić kamerę i pojadę tam jeszcze raz!

Do hotelu w Yazd dojechałem cały brudny pyłem z pustyni, ale zapomniałem o problemach i jestem pod wrażeniem tego co zobaczyłem.

Jutro ruszam w miasto Yazd.   


 
 
 
 
  
 
 
 
  
 
 




O NAS
MATERIAŁY Z PODRÓŻY
AKTYWNOŚĆ
INFORMACJE
Ostrów Wielkopolski
Gramy z WOŚP

Wośp