Strona główna » Aktualności » IRAN 2011 -cz.2

IRAN 2011 -cz.2


 

 

IRAN 2011

 

LIVE / RELACJA NA ŻYWO / LIVE

 

50 dni samotnej podróży

 

Sławek (MT 137) każdego dnia przysyłał meldunki z trasy.

 

 

część 2  

 

dzień 21 - dzień 50 

 

 


         

  Day 21 / 09.09.2011

 

Będąc pod wrażeniem wczorajszej pustyni od rana próbowałem usilnie naprawić ładowanie kamery, aby nagrać te widoki. Cóż nic mi z tego nie wyszło, bardzo się starałem. Ruszyłem w miasto >>> , obejrzałem plac Amir Chekhmag, inny meczet jak do tej pory widywałem w Iranie - podobno ma najwyższe wieże. Później pojechałem do świątyni Zoroastarskiej -Atashkadeh, gdzie od setek lat pali się święty ogień i jest on za szybą aby nic nie zanieczyściło jego świętego płomienia -tak mi wytłumaczona trochę po angielsku, trochę na migi, tak bynajmniej zrozumiałem.

Pustynia nie dawała mi jednak spokoju. Wziąłem taxi i za ... dolców ponownie pojechałem do świątyni ChakChak >>> , ale z kamerą ręczną. Nagrałem prawie całą drogę - fajnie wyszło! Tym razem porozmawiałem z pielgrzymami, których w dniu wolnym w Iranie było dzisiaj sporo. Góry są super a widoki na pustynie bajeczne.

Po powrocie w hotelu pogadałem trochę z ziomkami ze śląska i pojechałem z nimi oglądać wieże milczenia religii wyznawców ognia, gdzie składano zmarłych na górze, aby sępy się najadły. Cóż jeden woli to a drugi tamto, jeden córkę a drugi teściową! Nie chcę się tu rozpisywać na tematy religijne, każdy ma swoje zdanie. Wieczorem powłóczyłem się po meczecie piątkowym w trakcie ich modlitw.

Idę spać -pa, pa.

 


 

  Day 22 / 10.09.2011

 

 

Witam wielbicieli, tu Wasza gwiazda - motocyklowy E.T. , nadaje z włączonym odbiornikiem!


Ok do rzeczy. Rano jak rano szamanko w Silk Road Hotel w Yazd, szybciutko z miasta i znowu szczeka opada. Kurw......, że też się kamera popsuła! Tym razem jakbym jechał przez miniaturową wersję wielkiego kanionu. Takie fajne pomarszczone góry, a później jeszcze fajniejsze pomarszczone góry z malutkimi krzaczkami. Oczywiście Irańscy rajdowcy też tu są i przez jednego kretyna bym miał ostatni ticke too the moon , tak debil jechał, a z 5 minut dachował - ale przeżył i inni też. Ciekawy naród - facet dachował ledwo co wyszedł, a inni jeszcze go opierdolili od góry do dołu.

Jadę do miasta Abarkuh, gdzie podobno rośnie od 4000 lat cedr >>> . Przy wjeździe do miasta zobaczyłem myjnie, umyje sobie rowerek -pomyślałem. Małolat dorwał się do karchera i zalał mi mój dyskotekowy alarm tak, że świeciło bez włączenia. Jakiś młodzieniec podprowadził mnie pod drzewo, kurde naprawdę imponujące, ogrodzone i trochę autochtonów. E.T. z ciekawości przeskoczył ogrodzenie i się kurde zaczęło. Jakiś tubylec zaczął się mocno drzeć. Tłumacze, że photo -nic drze się dalej, a za chwilę chłopcy w metalowych kaskach -wojsko i jedziemy. Oni na sygnałach, ja na sygnałach, czyli jaja. Dojechaliśmy na posterunek, wszyscy się drą a ja zachowuje zimną twarz. Tak naprawdę chce mnie rozerwać śmiech, do czasu jak się pojawił facet co trochę kumał angielski i opowiedział historie jak pewien "motocyklista" z Niemiec chciał podpalić to drzewo i stąd ich nastawienie. Facet teraz siedzi w irańskim pierdlu i chyba żarty się skończyły. Fakt widziałem osmolony kawałek drzewa, ale pomyślałem, że to autochtony małoletnie z nudów. Pokazałem zdjęcia, filmy, tłumacze, że nie było informacji w języku angielskim. Argumenty nie trafiaja do nich a mnie już pot męskość oblewa. Perspektywa puszki – nie fajna sprawa. Przyszedł następny starszy jegomość, jak usłyszał, że z Polski to powiedział, że jego ojciec w czasie II wojny pomagał polskim żołnierzom, coś tam do nich powiedział i cyk, cyk czarodziejska różdżka i E.T. , wolny! Zgłupiałem z radości. Okazało się, że to były komendant policji w tym mieście. Zaraz po tym na sprzęta szybciutko i maneta na maxa.

Spokojnie dojechałem do Pasargade pod grób Cyrusa Wielkiego. Pod grobem dwóch młodzieńców pismem klinowym jak za dynastii ahemnidów wyciskali na skórze imiona i co tam kto chciał, no to chciałem – klinikami MUTU TURYSTA , ale "O" podobno nie było. Zawijam w stronę Persepolis, trochę pobłądziłem, ale znajduje drogę i super hotel. Cena komiczna i z okna mam widok na antyczną stolicę państwa perskiego – PERSEPOLIS >>> . Banan na pychu na maxa a jutro to co lubię – starożytna historia.

Zostaje tu 2 dni i odpoczywam podziwiając w wyobraźni, imperium Dariusza Wielkiego.  

 


 

  Day 23 / 11.09.2011

  
Persepolis > , nie wiem od czego mam zacząć, może od porannej zadymy z pastuszkowym strażnikiem, który kazał mi zostawić torbę, w której mam wszystkie najważniejsze rzeczy. Totalnie go olałem i tak staliśmy dobre 30 min naprzeciw siebie. Ludzie na niego i na mnie kwiczeli, a ja miałem to gdzieś, bo byłem ciekawy jak się skończy ta przepychanka. Koleś zadzwonił po policje. Powiedziałem policjantom, że mogą mi skontrolować torbę jak będę wracał i oni też gościa totalnie olali. E.T. wkroczył dumnie na schody - a co znowu nasi górą.

Wracając do tematu, to miejsce ma dla mnie szczególne znaczenie w czasie tego tourne. Jak pierwszy raz usłyszałem 30 lat temu o imperium perskim, to temat mnie szczególnie zainteresował. Wtedy widziałem małe zdjęcie z tego miejsca, a dziś chodzę wszędzie tu gdzie 2500 lat temu chodził król królów Dariusz I Wielki z dynastii Achemenidów. Stolica ówczesnego imperium perskiego musiała robić imponujące wrażenie i podobno tak została zaprojektowana, że każdy kto tu się zjawił musiał być przytłoczony potęga władcy. Było to na ówczesne czasy ogromne imperium i bardzo bogate. Władca był dla poddanych jak bóg, który zstąpił z niebios, aby się małymi robaczkami opiekować i rządzić. Miał facet władzę absolutną i podobno korzystał na maxa – cysorz to mo klawe życie. Po wspaniałości niewiele zostało jak Aleksander Macedoński pogonił persów to tak się towarzystwo napoiło, że prawie całe miasto zniszczyli. Cóż zwycięscy wolno wszystko –szkoda. Reszty zniszczenia dokonał czas i ludzie. Sporo eksponatów wywieźli Francuzi i Anglicy, resztę co dało się unieść okoliczni za michę ryżu sprzedali. Tak to już jest na tym pojeb..... świecie, że każde imperium upada i po niektórych nawet piach nie został. W Persepolis jak się trochę zna historię i widziało inne budowle w lepszym lub gorszym stanie, można sobie wyobrazić potęgę tego miasta. Brama narodów, gdzie witają dwa uskrzydlone byki, już rzuca na ziemię. Sala stu kolumn /zostało parę kikutów/, wspaniałe reliefy naskalne przedstawiające hołd podległych narodów, który składają ich królowie, królowi imperium. Każdy tu zgłupiał jak wchodził na audiencje. Wspaniałe ogromne posągi gryfów, koni, byków, lwów, walki lwów z bykami -to wszystko miało przestawiać potęgę władcy, który pokonuje wszystko i wszystkich. Z dawnego pałacu króla niewiele zostało, trzeba wysilić wyobraźnie. Z haremu zrobione jest dzisiaj muzeum, w którym są wspaniałe tablice opisujące /na wyrost/ wyczyny władców Perskich, bo przecież każdy z nich był jak my dzisiaj - tylko zwykłym ludzikiem! Tylko aby załapać punkty u niego wypisywano, zresztą jak w całej historii ludzkości, pierdoły na temat rządzących pasożytów i darmozjadów, nie ważne z jakiej opcji, tylko tu to jest napisane pismem klinowym. W roku 1971 ówczesny szach Iranu, zorganizował w tym miejscu jedną z największych imprez w historii współczesnego świata z okazji 2500 -lecia państwa perskiego. Nikt nie liczył wtedy ile to kosztowało, podobno duuuuuuuużo.

Koniec nudzenie Was historią, bo mógłbym pisać i pisać…

Fajny dzień na odpoczynek i jak dla mnie doskonała strawa duchowa. Jutro dalej historia.
 

Tubylcy chyba tak do końca nie wiedzą co posiadają, bardziej interesowały ich – mister foto foto i breloczki z Polski.  

 


 

  Day 24 / 12.09.2011

  
Nie ciekawie, znowu zmiana planów. Rano przy pożegnaniu z ekipą w hotelu powiedziałem, że teraz jadę do miasta ZAHEDAN pod granicę z Pakistanem. Wszyscy dookoła pobledli, przyleciał menager hotelu i prawie przykuwając mnie do ściany kategorycznie zabronił tam jechać. Wojsko tam przeprowadza wielką operacje przeciwko handlarzom narkotyków i każdy jest tak bardzo szczegółowo kontrolowany. Jakby tego było mało w hotelu pojawili się ludzie z Luksemburga i właśnie powiedzieli, że wracają z tamtych stron. Facet jechał 100 km przez 2 dni. Był kilkadziesiąt razy kontrolowany łącznie z całkowitym wybebeszeniem zawartości samochodu. Byli tak wystraszeni, że tylko zobaczą Persepolis i wieją do domu – no fajnie co? Trochę mi się ciepło zrobiło i odpuściłem Pakistan.

W zamian za namową załogi hotelu udałem się do Lost Paradise - Beheste Omshadeh. Dojazd cudo 2500 m n.p.m., zielone jeziorko po drodze. Obiecany "raj" to może i bardzo ładne miejsce, ale bez tysiąca Irańczyków piknikujących tam non-stop i wielkiego śmietniska dookoła. Na moje pytanie dlaczego nie sprzątają, tylko się uśmiechnęli. Dla mnie to rajowy śmietnik, zawijam i kieruję się nad Zatokę Perską. Navi tak wspaniałomyślnie mnie prowadzi drogą, której NIE MAM - takie sobie enduro sprawiłem! Cud, że nie wywaliłem dzwona w ten pył z kamieniami. Przejechałem około 25 km w jedną – koniec ścieżki i lecą głazy -  i kolejne 25 km z powrotem. Ręce mi padły, jadę zdechnięty nad Zatokę Perska do Bandesre – Busher >>> . Po drodze przepiękne góry, cudo 2800m n.p.m. - nie potrafię tego opisać. Dookoła pełno starych dymiących ciężarówek.

W hotelu dostałem dobrą rybę i lulu. Jutro planuję Shustar, stare młyny wodne.

 


 

  Day 25 / 13.09.2011

  
 Nigdy więcej kurw..., takiej jazdy! Takie były moje myśli jak pokonałem podczas tej trasy różnice temperatur 44 C! Suszarka to pikuś, dzisiaj to palnik gazowy prosto w twarz i wiotyrek, wiotyrek, zaj... silny wiatr - koszmar! Nie potrawie już policzyć litrów wypitej wody, postojów. 600km - 12h, ja pierdziele, tak w dupę jeszcze nie dostałem. Jednak E.T. się nie poddał i jestem w mieście Sushtar>>>

Poznałem fajnych Irańczyków żyjących na kocią łapę Naniego i Nazanin -narodowości Bakhtiari, jest to stare irańskie plemię. Nani prowadzi kino, ale odlot urządzenia z 1953 roku import ZSRR, cyrk na kółkach jak oni jeszcze to oglądają. Jeden chłopak umówił się z dziewczyną i ok, ale ta przyszła z obstawą: babcia, mama i siostra. Trochę z niego łacha inni podarli, ale tak to już tu jest, mają dość totalitaryzmu i reżimu ajatollahów, każdy z nich chce się wyrwać z własnego kraju. Jeden, który śpiewa irański rap, ma marzenie aby śpiewać w Europie. Drugi chciałby tańczyć w Australii, ale ciężko będzie im chyba zrealizować marzenia. Poszliśmy na stare miasto zobaczyć stare młyny, coś wspaniałego. Na koniec zaprosił mnie do znajomego, który mieszka na samej górze i ma taki widok, że dach zapiera! Po tym wszystkim zaprosił mnie do domu na kolacje i jego przyjaciółka fajnie zrobiła spagetii i nawet piwo NORMALNE się znalazło.

Pa, Pa…  

 


    

  Day 26 / 14.09.2011

  
Po przegadaniu z młodymi do prawie 3.00 - każdy z nich by wiał z Iranu najlepiej do Europy lub USA - jakoś szybko zasnąłem. Rano o 7.00 zrywka i jedziemy do miejsca starożytnej świątyni Chocha Zanbil >>> , jak dla mnie fajne. W mury świątyni wkomponowano podobno 5000 cegieł z pismem klinowym sławiących dokonania władców perskich. Po pożegnaniu się z sympatyczna młodzieżą, na sprzęta i wio dalej do Kurdystanu>>>

Jaka tu jest bieda! To wprost niewyobrażalne, coś jak cyganie na Słowacji -kto był wie o czym mówię. Gdziekolwiek bym się nie zatrzymał po wodę, paliwo lub coś "zjeść", natychmiast oblegał mnie tłum ludzi. Tu już naprawdę występowałem nie w roli E.T., tylko robiłem za prawdziwe UFO. Nie wyobrażam sobie jak można egzystować w tych warunkach, aż strach aparat było wyciągać. Wszechobecna bieda a dookoła piękne góry, góry, góry -nie będę opisywać bo stwierdzicie, że góral ze mnie a nie motocyklista. Naprawdę mogę każdemu z czystym sumieniem polecić góry w Iranie!

Powoli zaczęła się robić szarówka i trochę z niewyspania, zmęczenia, fascynacji górami, puściły mi mechanizmy obronne i wypier... centralnie w studzienkę bez dekla. Co prawda połowę mniejszą od naszych krajowych studzienek, ale pękła felga i dupa! Załadowali mnie i sprzęta na pick-upa Sapia, zawieźli do hotelu i na razie jestem w dupie ciemnej. Dzwoniłem do Teheranu, do BMW i chyba mi pomogą.

Zaczyna się tu jakieś święto, nie wiem co dalej. Wkur... mi przeszło, widocznie tak musiało być.

Całe szczęście nic mi nie jest, jestem cały - zobaczymy co dalej.

 


 

  Day 27 / 15.09.2011

  
Wstałem, zjadłem, poszwendałem się po "mieście", pospałem ,zjadłem i tak w kółko!

Czekałem na info z Teheranu i zadzwonili, że koło będzie nie nowe i ze starą oponą. Dobrze, że w ogóle będzie...

  


 

  Day 28, 29 / 16-17.09.2011

  
Piszę z opóźnieniem, bo wyłączyli mi tutaj internet. Zaczynam powoli doznawać coraz większego wkur..., jednak już wiem kiedy będzie koło! Przywiozą je w niedzielę! Teraz jem, śpię i się wkurzam i tak w zasadzie w kółko. Nic tu nie ma ciekawego, a co było to juz zobaczyłem.  

 


 

  Day 30 / 18.09.2011

  
Co ja mam pisać ? To samo co od paru dni, może z tą różnica, że koła dzisiaj nie będzie.

Kurde, mam dość tej monotonii, chceeeeeeeeeee, jechać dalej! 

 


       

  Day 31 / 19.09.2011

  
Koło jest i jest założone, ale jest już 23.00. Ja pierdziele, jutro jadę i może przez noc nie zgłupieje…

 


 

  Day 32 / 20.09.2011

  
Dupa nie pojechałem dalej. Z opony zrobił się balon, ale chłopaki z BMW w Teheranie szybko załatwili drugą, jednak znów jest wieczór i chyba mam dość!!!! Jeden tylko plus, że za hotel nie płacę już 3 dni.

 


 

  Day 33 / 21.09.2011

  
Udało się! Nawet jakoś to wszystko się trzymało i dojechałem do miasta Bisetun >>>  Ogromna potężna góra, a na niej inskrypcje Dariusza -mieli manie wielkości. Jednak muszę tu przyznać, że nasz MOTÓR to jest cicha woda i już ponad 2500 lat temu szykował się, aby przedstawić światu największe logo MT -ogrom 200m na 36m wygolonej skały. Chyba jednak brakło złotych monet, bo na tym się skończyło i robotnicy zwiali. Na następnym zlocie zrobimy ściepę i dokończysz dzieła, a tak poważnie to chyba szykowali się do następnych reliefów, fajnie to wygląda.

Najważniejsze w tym wszystkim, że jadę dalej !

 


 

  Day 34 / 22.09.2011

  
Jaskinia ALI SADR>>>  . Wiele widziałem miejsc na świecie, jednak to co tutaj zobaczyłem, przerosło moje wyobrażenie piękna. Nie potrafię opisać piękna, które dała temu miejscu natura – trudno jest uwierzyć w to co człowiek widzi własnymi oczyma. Kontemplację piękna skutecznie zakłócali Irańczycy. Utwierdziłem się w przekonaniu, że jeszcze nie dojrzeli aby podziwiać piękno przyrody, bynajmniej te tysiące, które „oglądały” ze mną to miejsce. Oczywiście jeden wielki spęd piknikowy byle jak, byle gdzie, krzyki, śmieci, dużo śmieci i na koniec facet w hotelu przy jaskini chciał mnie skasować za 5 –miejscowy, 7 - gwiazdkowy pokój na minus 200S.

Pojechałem do miasta Hamadan>>> i tu też fajnie kazali płacić a jak nie to spadaj. Do tego brak wody i islamskie wesele, dla mnie cyrk zupełny! Mężczyźni siedzą w jednej sali przy talerzykach z owocami a kobiety w drugiej sali szczelnie zasłoniętej - przypominało mi to nasz ostatni zlot. Za rok tez proponuje tylko owoce i soki , jaja na całego…

 


 

  Day 35 / 23.09.2011

  
Tankuje „SUPER” benzynę i mówię „pastuszkowemu zalewaczowi” aby wolno lał tylko 10 l., a ten zagadał się z innym i ponownie nie odbił pistolet. Znowu benzyna się wylała, tak się wkurwiłem, że goniłem go po stacji, naprawdę chciałem mu wpier... !!! Nadjechała czerwona policja i się zaczęło ten swoje, ja swoje, a Ci chcą nas zawinąć na chyba komisariat. Dopiero jak im pokazałem zniszczoną kamerę i kiedy w innym samochodzie też nie odbił pistolet, to kazali mi jechać.

Władowałem się na drogę w budowie i jechałem ponad 40 km w pyle - syf,syf,syf. Dojechałem do miasta Bijar, gdzie polewali jezdnie - ochlapałem sprzęta i siebie! Za 200 metrów to dopiero się działo! Trafiłem na kurdyjskie wesele i stałem się gościem honorowym. Super impreza, pozwolili mi nawet robić zdjęcia, filmy, po prostu super!!! Po 6 godzinach wspólnej zabawy, pożegnałem się z młodymi i wio do miasta Urmia>>> . Jak na razie wszystko układa mi się OK., nawet wkurwie... przeszło.

Nagle na drodze zobaczyłem, normalne motocykle - nie 125cm3 tylko normalne ścigacze! Myślałem, że to ludzie z zachodu, zawijam i co ??? Młodzi Irańscy pasjonaci motocykli, morda mi się roześmiała! Żaden nie rozumiał nic po angielsku, ale co tam, zaprosili mnie do miasta Naqadeh. Dumnie przejechaliśmy przez miasto, kawalkada ok 10 motocykli - super! Gdzieś zadzwonili i znalazł się chłopak dosyć dobrze znający angielski. Jeden zaprosił mnie do siebie do domu, zjechała się reszta z kolacją. Tak się chyba nie uśmiałem nigdy w życiu. Gadaliśmy o wszystkim, ale ani ja ich nie zrozumiałem, ani oni mnie, a przy tym było śmiechu co niemiara. Chyba najlepszy wieczór na tej wyprawie!

 

 


 

  Day 36 / 24.09.2011

  
Po przejechaniu z chłopakami kawalkadą przez miasto, pilotowali mnie do miasta Urmina. Po pożegnaniu pojechałem do tureckiej granic. Po stronie irańskiej formalności poszły szybko i bardzo sprawnie, a po tureckiej poprawiają drogę i koparka przerwała kabel. W wyniku działań koparki zdechł graniczny system operacyjny i dupa! Jak cię nie zameldują przy wjeździe, to nie wypuszczą motocykla przy wyjeździe. Upał i wielki syf, ale jednak motocykle zbliżają ludzi! Po 3 godzinach czekania pojawił się naczelny policjant, który jeździ na CBR i zrobili xero moich dokumentów i puścili.

Droga do miasta VAN to droga przez mękę, jest w budowie i jeżdżą samochody, koszmar. Przez 10km oglądałem czołgi, wozy wojskowe i pełno żołnierzy, ale co tam z uśmiechem podaje paszport i chłopak próbuje mnie spisać -śmiechu co niemiara. Na koniec chce zdjęcie z młodymi żołnierzami i w tym momencie przyjechał samochód, z którego wyskoczyło dwóch cywili. Mnie za klapy, aparat zabrali i zaczęła się bardzo szczegółowa kontrola, łącznie z wyskoczeniem z ciuchów. Jednego z nich tak zainteresował mój komputer, że siedział przy nim godzinę. Klepał w nim a ja nie zwracałem uwagi co robi, bo nie ukrywam, że byłem trochę wystraszony. Kazali mi się szybko pakować i spadać.

Na następnych posterunkach już przejeżdżałem bez problemu. Zrozumiałem, że tu jest prawdziwa wojna partyzancka!

Dojechałem do miasta VAN >>>  i w hotelu tragedia. Komputer nie chce odpalić, komunikat system nie pracuje i zacząłem szukać o 21.00 sklepu ze sprzętem komputerowym. Znalazłem, ale stwierdzili, że to dysk twardy padł! Opowiedziałem im na migi, przy pomocy googole translator, co się stało, a oni stwierdzili, że może celowo mam uszkodzony dysk. Zainstalowali mi nowy a stary zostawili do odzysku danych. Jestem złamany, nie mam nic - zdjęć, filmów, map - kurwa nic! Na dodatek system mam po turecku, jestem w ciemnej dupie!

 

 


 

  Day 37 / 25.09.2011

  
Rano spotykam się z kurdyjskimi informatykami, zwoływali ludzi z całego miasta, nawet wykładowcę z miejscowego uniwersytetu i po całym dniu pracy, po 14 godzinach stwierdzili, że nie są wstanie nic zrobić. Przerażenie jakie mnie ogarnęło uświadomiło mi, że straciłem prawie wszystko co nagrałem w Iranie. Nie było to miłe uczucie.

Po kontakcie z informatykiem w Polsce trochę się uspokoiłem, bo stwierdził, że odzyska wszystko. MOTÓR będziesz musiał poczekać na zdjęcia trochę, ale niezbyt długo.

 

 


 

  Day 38 / 26.09.2011

  
Rano utwierdzony w przekonaniu, że należy robić kopie dwa razy, wyjeżdżam z miasta VAN >>> . Po drodze dowiaduje się o kościółku Ormiańskim na wyspie, ale trzeba tam popłynąć łodzią. Znajduję przystań, ale jestem sam - jest 9.00 rano i każą mi czekać na więcej ludzi. Czekam, czekam, w międzyczasie przyniesiono mi kota, kota który pływa. Są to jedyne koty na świecie co pływają - koty z jeziora VAN >>> , mają fajne oczy, każde ma inni kolor i zanuciłem:
 "Gdy Ci czarny kot przebiegnie drogę, nie mów, że to pech
   wyrwij kotu z dupy ogon, żeby szybciej zdechł”
 - rooooooomanticaaaaaa!
Po 4 godzinach czekania odjeżdżam i 5km dalej jest następna przystań, a tam bez czekania i prosto na wyspę. Kościół ładny, ale wiele takich widziałem w Armenii. Robię zdjęcia i w drogę do miasta Diyarbakar >>> . Dotarłem do celu wieczorem - duuuuuuuuże miasto! 

 

 


 

  Day 39 / 27.09.2011

  
Poszwendałem się godzinę po mieście Diyarbakir i nie mogąc znaleźć informacji turystycznej. Pakuje się i jadę do miasta Sanliurfa, tutaj po wizycie w Info.Tur. udaje się do dzielnicy Golbasi - ble, ble, ble to z netu:

 

„Legenda o Abrahamie mówi, że za panowania asyryjskiego króla Nimroda prorok potępiał i zwalczał kult pogańskich bożków. W efekcie król Nimrod rozkazał spalić go na stosie. Gdy stos został podpalony nagle ogień przemienił się w wodę, a płonące u stóp Abrahama węgielki przeistoczyły się w ryby. Silny podmuch wiatru rzucił nim na krzaki róż. Meczet Halilur Rahman Camii został wzniesiony na miejscu, w którym spadł prorok. W dwóch stawach pływają święte karpie, a znaczną część terenu pokrywa ogród różany. Przesąd mówi, że kto złowi karpia natychmiast oślepnie”

Şanliurfa – Miasto Proroków / opublikowane przez Maćka>

 

Mały być wielkie ryby a zastałem małe rybki. Połaziłem po ogrodzie, nawet ładny i w pewnym momencie podszedł facet w turbanie i rozpoznał we mnie brata duchowego, bardzo chce mnie zaprosić do Dubaju, gdzie mieszka, ale muszę być muzułmaninem. Dopiero jak mu wytłumaczyłem, że jaja sobie ze mnie robi, a ja z niego, to skończyło się na wspólnym zdjęciu i pa, pa. Zapuściłem się gdzieś w dziwny rejon miasta. Patrzyli na mnie jak na zjawę i zgubiłem się zupełnie, wsiadłem do jakiegoś busa i przejechałem tak z 5km, a jak kierowca i pomocnik załapali, że chodzi mi o postój taxi, to wsadzili mnie do innego, ten zatrzymał sie pod meczetam, złapał mi taxi i dopiero późnym wieczorem jestem w hotelu. 
Jutro do serwisu BMW na kontrole sprzęta.

 

 


 

  Day 40 / 28.09.2011

  
Raniutko z Sanliurfy na autostradę i do serwisu BMW w Adanie. Wreszcie normalny serwis, kawa jedna, kawa druga, trzecia i już dziękuję. Silnik musi ostygnąć, więc postanawiam zostać w Adanie >>> . Zawożą mnie pod hotel, wszystko sprawnie i super.

Po obiadku idę w miasto oglądać ogród, nawet ładny i pod meczet >>> - jest to chyba imitacja meczetu sułtana w Istambule . Ogrom, 10 lat budowy -widocznie też chcieli mieć wielki meczet. U nas też jest przerost formy nad treścią i też mamy kopie wielkich światowych kościołów z takim lub innym efektem. Cóż nie tylko Motór chciał mieć „coś” wielkiego… 

 


 

  Day 41 / 29.09.2011

  
Po miłym i słodkim pożegnaniu z ekipą Borusan Oto w Adanie, ok 13.00 wjeżdżam na autostradę do Ankary i spokojnie jadę.

W pewnym momencie niebo zrobiło się prawie czarne i rozpętała się tak silna burza, że trudno było mi utrzymać motocykl, aby było jeszcze fajniej działo się to w szczerym polu i zanim dojechałem do jakiegoś mostu byłem cały mokry. Cóż zaczynam powrót do domu, a w kraju podobno już jest jesień. Zmoczony i zziębnięty wyciągam podpinkę do ciuchów i już trochę cieplej ubrany jadę dalej.

Po drodze wielka ciężarówka z kapustą przewróciła się na środku autostrady, korek, policja i ja boczkiem, boczkiem jadę dalej. Dojazd do miasta Aksaray minął szybko i sprawnie. Dalej jadę remontowaną drogą, w lusterku widzę za sobą patrol policji, więc grzecznie jadę 50 km/h. Policja mnie wyprzedza a chwilę później debil w starym Oplu próbuje mnie zepchnąć z drogi drzwiami uderza mi w gmole silnika i spycha mnie na pobocze. Ostre hamowanie i już jest ok, ale widziałem w oczach wielką glebę. Po otrząśnięciu się wyprzedam jego i policję, każe się zatrzymać i tłumaczę policjantom co zaszło. Oczywiście ci spanikowali, bo to obcy i wkurwienie moje przekłada się na tego debila i w znanym sobie języku sprzedaje mu parę dorodnych ......, i spadam dalej.

Jest już ciemno, dojeżdżam do miasta Sereflikochisar do hotelu. Okazało się, że na niebie są nocne manewry samolotów, będę więc miał super sen…

 

 


 

  Day 42 / 30.09.2011

  
Dzisiaj nic ciekawego, no może poza jednym zdarzeniem… W okolicach Ankary rozpętała się tak silna burza z gradobiciem, że wszystkie samochody stanęły i tylko ja pomalutku się wlokłem. Cztery rzazy wysychały na mnie ciuchy taką fajną pogodę miałem w środkowej Turcji.

Najważniejsze, że od dziś jestem mistrzem świata w jeżdżeniu po tureckim Istambule, od wjazdu do wyjazdu tylko 2h - czas dla innych nieosiągalny!

Goodbye AZJA - Welcome EUROPE ! 

 

 


 

  Day 43 / 01.10.2011

  
Rano spadam do granicy z Bułgarią. Prawie pusta autostrada, odprawa przebiegła szybko i sprawnie. W międzyczasie próbowałem kilka razy umyć motocykl, bo po wczorajszej burzy wyglądam jakbym po kopalni jeździł.

Na którejś ze stacji tankuje i widzę, że olej z mostu coraz bardziej mi wylatuje. Akurat tu jest WiFi i szybko odnajduje BMW w Sofii. Dzwonie ale dzisiaj serwis nie pracuje, a jutro niedziela i znowu czekam w hotelu dwa dni do poniedziałku. Niech mi sprawdzą co to jest, tak abym dojechał do kraju. 

 

 


 

  Day 44 / 02.10.2011

  
 

Siedzę w hotelu pod Sofią jak dupa i czekam na poniedziałek.

Chciałem dolać oleju, ale korek tak się zassał, że nie chce puścić. Nie kombinuje więc nic - jutro w serwisie myślę, że mi pomogą.

 

 


 

  Day 45 / 03.10.2011

  
 

Raniutko na sprzęta i wioooo… Zimno się robi powoli i ja także powoli gnam do serwisu BMW KAMOR w Sofii. Na miejscu kawusia, ciacho, crosant, czekoladki, kawusia, bombonierka, ciacho , i ........ nie ma mechanika od motocykli. Szybka narada w serwisie i jest mechanik od samochodów, jeden, drugi, doradca serwisowy, drugi doradca i konsylium jak odkręcić korek by dolać oleju i co ? Klucze, klucze, i klucze, i nic – tzn. dupa WIELKA , oleju mało. Znalazł się jednak bułgarski „pomysłowy Dobromir” z przecinakiem, kątówką i młotkiem w ręku. Tniemy, kurwa przerażenie moje osiąga apogeum i „Dobromir” jest górą! Odkręcił łyżką do opon - jaja wielkie, ale sukces jest! 


DO BELGRADUUUUUUU, bo jednak z dyfra kapie, kapie ,kapie. Kazali wolno jechać i zamówić serwis natychmiast w kraju.

Po drodze zajebiaszcza knajpa z takimi samymi pyszczkami jak my, czyli knajpa motocyklowa www.route80.bg  - polecam ET wędrowniczek!!! Poważnie fajny klimat i dobre śniadanko.

Powoli dojeżdżam do Belgradu, jest już ciemno w mieście i hotel jakiś też jest. ROYAL hotel, ja pierdziele kiedyś to był royal /starsi pamiętają dobry niemiecki spirytus/ chyba jakieś 30 lat temu - teraz to tylko wspomnienia przeszłości. Jutro idę zobaczyć miasto.


 Pa, Pa - buziaczki dla Tych co mają jeszcze siłę czytać wypociny meeeee …

Mózg mi się przestawił, już cywilizacja a ja jeszcze żyje stadami kóz i owiec.


 


 

  Day 46 / 04.10.2011

  
Belgrad – zawsze to miasto tylko przejeżdżałem i objeżdżałem, teraz z uwagi na zmianę planów – wolna jazda i postanowiłem zobaczyć co to naprawdę za miasto. Poszedłem na ruiny fortecy Kalemegdan - stare ruiny rzymskiej fortecy, ale bardzo zadbane. Na wejściu kolekcja armat czołgów i wszelakiego wojskowego badziewia. Trochę tam posiedziałem, ładny widok na Belgrad.

Po paru godzinach udałem się na stare miasto. Po drodze odwiedziłem Kościół Prawosławny, aby porobić zdjęcia dla naszego kolegi, chociaż było to kategorycznie zakazane przez popa. Myślę, że kolega okaże kompletne podziękowanie w postaci zawiesiny gastrologicznej.

Zacząłem się włóczyć po ulicach… Miasto jak miasto, wszędzie to samo w całej europie, sklepy, kawiarnie, knajpy i całe to cyrkowisko wielkomiejskie. Nie wiem czy mam na czole napisane E.T. , ale gdy usiadłem na kawę przy grupie młodzieńców, Ci od razu mnie zagadali i wciągnęli w rozmowę o polityce bałkańskiej. Wystartowali z wielkimi pretensjami do polaków o to, że stacjonują w Kosowie i pilnują tego burdelu aby się nie powybijali tam wszyscy. Po tym jak im powiedziałem, że w ubiegłym roku byłem w Kosowskiej Mitrowicy na tym słynnym pojebanym moście nienawiści, zaczęli się studenci użalać, że UE traktuje Serbie jak piąte koło. Młodzież urodzona po ostatniej wojnie bałkańskiej, ale strasznie obciążona grzechami swoich rodziców i dziadków, rozgoryczeni i mający żal do świata, że ich wszyscy olali.

Stwierdziłem, że naprawdę fajnie jest się raz w roku spotkać z takimi samymi pasjonatami-czubami motocykli, niż żyć w ciągłym poczuciu winy i rozgoryczenia za nie swoje postępowanie. Niemen dobrze śpiewał „dziwny jest ten świat” , dodam od siebie pojebany na maxa jest ten świat, ale ja to se moge jeno zagwizdać cieniutko fiu,fiu.

Wole zwiedzać mimo wszystko ten poj... świat z pozycji siodła swojej hulajnogi i jest mi z tym zajebiaszczo fajniuchno!
Buziorki - pa, pa

 

 


 

 

  Day 47 / 05.10.2011

  
Rano zasuwam na parking na równoległą ulice i podjeżdżam pod hotel. Stawiam motocykl i idę po torbę, gdy wyszedłem to czekała na mnie serbska policja i uśmiechnięte chłopaki chcą mi wręczyć mandacik za nieprawidłowe parkowanie. Oczywiście zgadzam się z nimi tłumacząc, że nie ma miejsc aby normalnie zaparkować i zapakować motocykl. Dodaje, że byłem gościem w tym „spirytysowym hotelu Royal”, ale moje argumenty ich nie przekonują i uparcie chcą mi wręczyć 200 Euro w postaci mandatu. Ja uparcie stoję przy swoim, że nie i tak stoimy. „Mili” Serbscy policjanci coś tam gadają, dzwonią więc ja też gadam do nich czule i wkur… już do granic bezpieczeństwa odpalam kompa. Znajduje ambasadę i z hotelu dzwonie, mówiąc „miłym” policjantom, że za godzinę przyjedzie ktoś z ambasady i sprawę wyjaśni. Oczywiście obsługa hotelu spirytusowego mnie olała i tylko potwierdzili, że byłem w „royalu”. Po dwóch godzinach nic się nie dzieje, jest już 13.00 i ruch na ulicy jest skutecznie blokowany. W pewnym momencie zatrzymał się jakiś terenowy samochód, wysiadł z niego człowieczek, coś im pokazał i chłopaki zwątpili. Mnie się przedstawił jako chyba ktoś z naczalstwa, więc grzecznie mu tłumacze co zaszło. Facet chyba trochę jeździł po świecie, bo natychmiast załapał co ja tu robię i pogonił „miłych i upierdliwych swoich kolesi”.

Najwyższy czas na rowerek i wio do granicy Węgierskiej. Już teraz wiem, że Serbie zawsze ominę z daleka, z daleka! Wszystko fajnie, przejście dla UE, przejście dla innych i mówię celnikowi o podstemplowaniu CDP, a ten zrobił oczy i wysyła mnie do kolesi dalej. Tu już celnikowa sielanka, czyli olanie totalnie gościa z polski, więc mówię im, że mają zajebiście miłą obsługę i tym samym wkurwi... celników i chłopcy robią kontrolę. Wykładam wszystko z kuferków, a oni po włosku sprawdzają kabelki od ładowarek i inne duperele i tak skutecznie to sprawdzają, że robi się ciemno i oni do domu, a ja do hotelu i tak minął mi kolejny dzień życia. Do dupy z tymi pajacami!

 

 


 

  Day 48 / 06.10.2011

  
Rano chcąc nadgonić drogi do domeczku, zapierdzielam 1,5 km i dup radarek, zero dyskusji, może po za tym, że E.T. nie ma forintów i dyskusja jest bezprzedmiotowa. Nic nie rozumiem w języku Madziarów. Panowie po angielsku, ale na migi każą mi jechać wymienić walutę, zabierając dowód rejestracyjny i paszport, w zamian dając jakiś papier. Jeżdżę jak głupi po Budapeszcie i kiedy w końcu zamieniam pieniądze i wracam na umówione spotkanie - a tu co nie ma nikogo w domu! Ciśnienie mi wzrosło do granic wyładowania pioruna i szukam teraz swojego dowodu i paszportu, udając się na pierwszy lepszy komisariat. Tam zaczyna się szukanie moich dokumentów i wieczorem już je mam i mandatu nie dostałem, bo nie wypisali i przeprosili, że zapomnieli o mnie - fajnie?

Znowu hotel i znowu dzień do dupy, i znowu wymieniam kasę, i znowu wkurwi... idę spać! 
Do pracy i z pracy, do pracy i z pracy, do pracy i z pracy – o kur....., jak długo tak można rodacy???  

 



 


 

  Day 49 / 07.10.2011

  
Zgodnie z obowiązującymi przepisami drogowymi na Węgrzech, Słowacji i Czechach dojeżdżam do granicy, biorę karnet CDP i panie z urzędu celnego robią wielkie oczy co to jest. Grzecznie więc tłumaczę, a panie, że rejonizacja, że dupa zbita, więc E.T. na przywitanie całemu urzędowi celnemu sprzedaje wiązankę pt. nieroby za moje podatki. Przychodzi naczelny komediant UC i ten chyba nie chcąc zrobić z siebie idioty zupełnego, wykonuje ogrom czynności związanych z 1 stempelkiem (słownie jednym). Jednak jak się okazuje system operacyjny tzw. Celina, padł i z uśmiechem na twarzy stwierdza, że stempelek będzie jutro rano i muszę zostać w Cieszynie.

Serwis BMW, kontrola sprzęta, niby wszystko jest ok, ale coś tam niedomaga - muszę sam dokładnie się przyjrzeć.

Pożegnanie z OKP-em, który nie wytrzymał i pilotował mnie od kilkuset kilometrów - dzięki i tak się opijemy zimą.

OKP spada do domu a ja zostaje czekając na stempelek.

 

 


 

  Day 50 / 08.10.2011

  
Wbicie stempla zajmuje 15 min. Jaki byłby ten świat inny, gdyby ludzie byli dla siebie tylko bardziej normalni – 15 min a czekania dwa dni, po co?????? 

E.T. in home

 A teraz to już tylko zostaje mi .........The World Is Not Enough - świat to za mało.
 Jazda na motocyklu jest widzialnością obcowania człowieka z naturą!
 Agent ich kurweskich mości - MT 137
 

The End
 
 

Ps:
Reminiscencje napisze jak załapię o co tutaj chodzi - po jutrzejszym dniu może pamięć się polepszy.

Idę się napić, bo człowiek nie wielbłąd i 50 dni bez płynów nie wytrzyma…
 


 

 

Miał być fajny dzień, ale... spieszmy się kochać…
 Nie zdążyłem niestety do Piekar na pogrzeb Andrzeja, straszna pogoda i naprawdę bałem się jechać szybko.

 

>składam kondolencje<

 

 



   

 

 

 

 

  

 




O NAS
MATERIAŁY Z PODRÓŻY
AKTYWNOŚĆ
INFORMACJE
Ostrów Wielkopolski
Gramy z WOŚP

Wośp