Strona główna » Aktualności » Myszka i Piotr na nowym szlaku życia...

Myszka i Piotr na nowym szlaku życia...

  
 

 Myszka i Piotr na nowym szlaku życia...




 

To nie będzie kolejny opis wyprawy... to też nie była żadna wyprawa...

Jednak myślę że warto napisać kilka słów i wspomnień z minionego weekendu.
Weekend jak weekend, jeden z moich wielu, no prawie - bo mnie czekało wesele! Na szczęście nie moje...

 

 

 

 

Weekend zaczął się w piątek koło godziny 14-ej. O tej godz. miałam wyjechać, ale niestety wyjechałam godzinę później, bo były małe problemy z pakowaniem. Kilka szkieł (butelek), sukienki, buty, kosmetyki. Ktoś by powiedział, że zwariowałam -cóż, sama tak stwierdziłam. Pierwszy raz wybierałam się na wesele motocyklowe! Ponieważ nie czekała mnie tylko parada, to przecież musiałam odpowiedni strój i ekwipunek zabrać... łoj!

   

 

 

 

Zanim wybrałam się na wesele, postanowiłam zajechać na zlot motocyklowy - kolejny w tym roku. Czemu nie jechać na zlot skoro był po drodze -ot tylko 15 km musiałam odbić. Zlot odbywał się w Bałtowie - polecam to miejsce. Znajduje się tam Park Dinozaurów, Zwierzyniec, Park Rozrywki,  Kino 3D, oraz Prehistoryczne Oceanarium, które wyrosło szybko jak grzybek po deszczu.

Kto by pomyślał, że jeszcze kilka lat temu na tym terenie było wysypisko śmieci:
 
www.juraparkbaltow.pl


  


 

 

Zlot zapowiadał się ciekawie, zaczynał się rozkręcać, coraz więcej maszyn, znajomych a i koncerty się zaczynały.

Niestety byłam zaledwie 3 godziny i nadszedł czas aby jechać dalej.

 

  

 

 


 

Do miejsca docelowego dotarłam ok godz. 22-ej. Czyli do hotelu w podwarszawskiej miejscowości Jawczyce. Tu już czekali znajomi gdzie zaczęliśmy świętować za mąż pójście koleżanki z klubu. Ranek nastał bardzo szybko, padał deszcz i już myślałam że popsuje nam paradę. Na szczęście przed południem się rozchmurzyło, więc zaczęłam pucować moto. Dojechała reszta ekipy, która zaczęła robić to samo, bo przecież w ten wyjątkowy dzień muszą błyszczeć lakiery. Koło pierwszej pojechaliśmy pod blok, gdzie Myszka się szykowała. Za niedługo dotarli kolejni motocykliści i czekaliśmy tylko na Pana Młodego.

 

 



 

Pan Młody przyjechał z mega poślizgiem, więc szybko poleciał po Pannę Młodą i w szybkim tempie udaliśmy się pod kościół. Co do minuty, punktualnie na 15-tą... Nawet nie zdążyłyśmy ustawić motocykli, bo trzeba było biegusiem pod ołtarz. Msza dłużyła się nie miłosiernie, nogi stawały się coraz cięższe a ksiądz nie przekonał mnie swoim kazaniem...

 

 

 

 

 

Nadejszła wiekopona chwila... Mysz i Piotr powiedzieli TAK, a my z tyłu skomentowałyśmy, że już po ptokach.... Żeby nam to dokładnie uświadomić, Pan Młody dwa razy składał przysięgę...

No ok, dotarło do nas !

 

 

 

  

 

Po mszy i życzeniach udaliśmy się do restauracji. Pogoda nam dopisywała tego dnia, lecz jadąc widać było nadciągającą czarną chmurę, więc tempo jazdy trzeba było znowu zwiększyć - tradycja już czy co? Udało się jednak i suche zasiedliśmy do stołów. Plan był taki, że po jedzeniu i pierwszym tańcu pojedziemy do hotelu się przebrać w kreacje. Taki był plan, niestety tego dnia to nie był koniec niespodzianek. Nagle jak nie jeb.... ups... sorry, jak nie walnęło, światło zgasło i zrobiło się przy świecach klimatycznie. Po ok 15 min światło się pojawiło a my usłyszeliśmy: proszę o opuszczenie budynku. - palimy się! Towarzystwo wstało i spokojnie, wręcz powiem że z uśmiechem na twarzy i lekkim niedowierzaniem wyszło na zewnątrz. Mysz oczywiście stwierdziła, że to jest mega żart i pewnie upozorowany przez Queens - bo wyjątkowo spokojne i wesołe byłyśmy. No cóż, stwierdziłam, że po co się denerwować... straż przyjedzie, pożar ugasi a my wrócimy do zabawy. Oczywiście tak się stało... Dzieli strażacy szybko uwinęli się i weselnicy wrócili do sali. Okazało się później, że piorun wleciał przez komin i jedno z pomieszczeń zaczęło się palić. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

No cóż - będzie co wspominać - miało być przecież wyjątkowe wesele!

 

    

 

 

 

 Korzystając z zamieszania udaliśmy się wszyscy do hotelu i tak zrobiwszy się na bóstwa (człowiek zrobił fryz, ubrał sukienkę i ledwo mnie rozpoznali) wróciliśmy na wesele. Oj, wódka smakowała wyśmienicie a tańcom nie było końca. Zabawa trwała do rana.... Wesele udane, głowy nie bolały, kac nie męczył, tylko nogi dawały o sobie znać.

 

 

 

 

 

Nastała niedziela... upalna niedziela! Takiej pogody dawno nie widziałam -30 na plusie, piękne słoneczko, nie mogłam tego zmarnować. Gdy inni udali się z powrotem do domu, ja pojechałam okrężną drogą, ot by nabić więcej km - czyli pomknęłam krajową 7-ką na Gdańsk, odbiłam w lewo na 575 na Sochaczew, później Radom, Starachowice i Staszów. Po drodze mijałam ciekawy znak miejscowości z bardzo krótką, aczkolwiek bardzo ciekawą nazwą.

 

 


 

Zrobiło się ogółem prawie 330 km,gdzie dodając 224 km, które zrobiłam w piątek,

to mogę śmiało powiedzieć że parę km w weekend nabiłam.

 


 
 
 Myszko, Piotrze...

Wszystkiego Naj na nowej wspólnej drodze... 
 

 Gabi

 




 

 


 




O NAS
MATERIAŁY Z PODRÓŻY
AKTYWNOŚĆ
INFORMACJE
Ostrów Wielkopolski
Gramy z WOŚP

Wośp