RELACJA Z MOTOCYKLOWEJ WYPRAWY 

nr 017/2004 / TURYSTYCZNE WOJAŻE


"Motocyklowa Grupa Media-Saturn" na promie ...
/zdjęcie dokumentujące  fakt odbycia wyprawy/

Tytuł wyprawy :
Urlop inny niż wszystkie,
czyli wyprawa do Skandynawii ... 
Uczestnik wyprawy : 
Ojro z Lublina
Moto - Turysta nr 024

Krążownik Szos : 
Honda PanEuropean 
Krążownik Szos nr 024

Ilość przejechanych kilometrów : 
3 209 km 

     16-go sierpnia w godzinach porannych na parkingu przy hotelu Reda w Szczecinie, rozległ się basowy klang silników, lśniących klasycznych  motocykli i pewnie nawet miła Pani z recepcji myślała, że to chuligani w czarnych skórach, a na pewno nie managerowie z Media Markt, a jednak …
W naszej firmie oprócz wspólnych celów zawodowych połączyła nas wspólna pasja co zaowocowało powstaniem nieformalnej „ Grupy motocyklistów Media –Saturn”.

PRZYZNANE PUNKTY :
Moto - Turysta 2004 : 3 509 pt.  (300 + 3209)
Krążownik Szos 2004 : 3 209  km

Data rozpoczęcia wyprawy : 16.08.2004
Data zakończenia wyprawy : 21.08.2004
Data nadesłania relacji : 02.10.2004

TRASA WYPRAWY : 
/ szczegóły w opisie / 

     Po długiej fazie planowania Paweł zaproponował wspólną wyprawę do Skandynawii - oczywiście na motocyklach. Nie musiał długo czekać na aprobatę więc nieśpiesznie rozpoczęły się przygotowania. Paweł wziął na siebie organizację wyprawy (rezerwację promów, kempingów, plan przejazdu) Marek i Jurek zaoferowali się eskortować grupę w wozie technicznym i tak oto znaleźliśmy się na wspomnianym, parkingu…
Dziewięć motocykli, wóz techniczny i wspólny cel: ruszamy na podbój Skandynawii - krainy znanej nam dotąd tylko z opowiadań - ojczyzny Wikingów, pięknych północnych krajobrazów, surowej aury, łosi, łososi i fiordów (dziś już mogę zdementować plotkę, że fiordy są oswojone i jedzą z ręki – to nie prawda

Dzień I
     Po pierwsze latać, po drugie latać i po trzecie latać*, więc lecimy nieśpiesznie do pierwszego celu naszej wyprawy - Sassnitz w Niemczech, gdzie wsiądziemy na prom do Treleborga w Szwecji. Autostrady niemieckie znacznie różnią się jakością od naszych ojczystych, więc wycieczka nabrała tempa. I tak znaleźliśmy się w poczekalni portowej, a w oczekiwaniu na prom rozkoszowaliśmy się smakiem NRD-owskich parówek – pycha! W czasie podróży promem obyło się bez sensacji, nikt nie zapadł na chorobę morską,  tak więc ok. 22.00 nasze opony zasmakowały szwedzkiego asfaltu. W mżawce i ciemnościach dotarliśmy do Ystad gdzie miał znajdować się nasz kemping. Na ulicach cisza, ani żywej duszy i jak się dowiedzieć gdzie go szukać? Tu po raz pierwszy uratował nas wspomniany wóz techniczny, czyli Marek i Jurek, którzy cierpliwie krążąc po okolicy poszukiwali kempingu. My tymczasem, zmęczeni i smutni pocieszaliśmy się napojem leczącym wszelkie dolegliwości. Ekipa techniczna wróciła po pół godzinie z radosną wiadomością, że miejsce, w którym stoimy, to nasz kemping, tylko wejście jest z drugiej strony. Tak zakończył się pierwszy dzień wyprawy. Oczywiście przed nami była jeszcze cała noc...

    

Dzień II
     Po śniadanku w knajpce nad szwedzkim Bałtykiem, gdzie gospodarze przyznali się do polskich korzeni i uraczyli nas jajecznicą,  wyruszyliśmy do Bunn (388 KM). Dziś co chwilę widzę znak drogowy „Uwaga na łosie”, co się dzieje? A to nie znaki mnie wyprzedzają, to Tomek, który ozdobił swój kask nalepką z ostrzeżeniem tak często pojawiającym się na Skandynawskich drogach. Łosia niestety widzieliśmy tylko na zdjęciach, a szkoda ! 

Odprężający bas silnika motocykla podczas gdy z lewej połyskuje tafla ogromnego jeziora Vatern, a z prawej pną się do góry granitowe skały, to prawdziwa duchowa uczta nawet dla niewrażliwych. Drugą noc, równie krótką jak poprzednia, spędziliśmy również w drewnianych domkach, w środku wielkiego lasu.

Dzień III
     Za cel postawiliśmy sobie Karlstad (333 km) leżący nad największym jeziorem Szwecji - Vanern. Malownicze szwedzkie krajobrazy, domki jak z klocków Lego i trawniki równo przystrzyżone, ogólnie nuda i dłużyzny, ale drogi i kultura jazdy na szwedzkich drogach doprowadzały nas do zachwytu. Zgodnie z zasadą: „im dalej w las tym dalej w las”, grupa stawała się coraz bardziej zgrana na drodze. Potwierdzały to naprawdę szczere uśmiechy na twarzach moich kolegów, które oglądałem, gdy co jakiś czas kontrolnie wyprzedzałem grupę. 

     

Takiej radości nie wywołałby chyba nawet najlepszy obrót sklepu. W Karlstad nocowaliśmy w hotelu, który kiedyś był więzieniem. Rano kilka zdjęć w dybach, zwiedzanie hotelowego muzeum (podziemnej części hotelu ,w której zachowano dla potomnych cele, ubrania więźniów, kule na łańcuchach i inne narzędzia niewolenia).

    

Dzień IV
      Naszym zadaniem było dotrzeć punktualnie do Oslo w Norwegii (224 km), gdzie w porcie czekał już na nas jedenastopiętrowy prom „Perl of Skandynawia”. Na promie, jak to na promie, podziwialiśmy piękne okoliczności przyrody, popijając kakao cokolwiek to znaczy. Przed nami jawiła się perspektywa miłego 17-godzinnego odpoczynku na promie. 

Po wcześniejszej zaprawie promowej bez problemu przeżyliśmy niezłe bujanie przez dobrą godzinę i z wielkim apetytem skorzystaliśmy z oferty norweskiej kuchni. Jednak trzeba przyznać, że kakao jest dobre na bujanie ...

Dzień V
     Pobudka na promie, jesteśmy w Kopenhadze. Piękne miasto, lecz nie dane było nam zwiedzanie, bo przecież nie przyjechaliśmy tu dla przyjemności. Grzejemy silniki, troszkę lansujemy się odkręcając manetki na przejściach dla pieszych, tubylcy pozdrawiają nas ciepło, więc jedziemy dalej bo nie możemy spóźnić się na prom w Spodsbjerg (248 km). Po półgodzinnym przeciskaniu się między samochodami w 10-kilometrowym korku (czy ktoś chciałby powiedzieć coś złego o motocyklistach?) przejeżdżamy przez prawie 20-kilometrowy most łączący dwie duńskie wyspy.  Z lewej morze, z prawej morze, niesamowity widok ...

     Dzisiaj nareszcie widzieliśmy miasta i ludzi. I chyba zmieniliśmy zdanie o Dunkach. Na morzu nie wieje, ale na promie wieje – nudą. Znów NRD-owskie parówki, na szczęście to tylko 40 minut i znowu jesteśmy na asfalcie. Padają kolejne rekordy prędkości - jedni 100 inni 190 km/h, ale kto nie spróbuje ten nie uwierzy, że dla tego małego szaleństwa można zostawić na tydzień żony z dziećmi.

     O dwudziestej pierwszej jesteśmy w Rodbyhavn i kolejny prom do Puttgarden w Niemczech. Za nami ponad 2000 km na dwóch kołach. Około 22.00 docieramy do hotelu. Jutro celem jest Szczecin - to ostatni etap wyprawy. Przy kolacji wspominamy ciekawe sytuacje i aż się łezka w oku kręci, że za 500 km będzie po wszystkim. Kolacja i spać bo jutro pogoda nie zapowiada się dobrze.

 

Dzień VI
     I wykrakałem - 500 km po dobrych drogach, ale w ulewie, gradzie, burzy - prawdziwy chrzest bojowy. Szczecin zdobyty!  Tak zakończył się nasz wspólny urlop w nietuzinkowej konwencji. 
Teraz czas podkręcać obroty marketów, a nie silnika.

    > zapraszam do obejrzenia fotek z wyprawy <

Szczęść Boże na motorze,

Ojro